Dziś po raz kolejny odwiedzamy Stany Zjednoczone. Jak zapewne wiecie w USA wszystko musi być szybsze i większe. Ameryka kieruje się prostą logiką – więcej znaczy lepiej!
Impreza RedBull Frozen Rush to kolejny przykład na to, że ta prosta logika działa!
Jak to wszystko się zaczęło?
Amerykanie są specjalistami w robieniu z czegoś doskonale nam znanego zupełnej świeżynki, na której punkcie oszalejemy! Wystarczy pustynię zastąpić stokiem narciarskim, postawić tam 8 pick-up’ów o mocy 900 koni każdy, wyznaczyć trasę z różnymi przeszkodami i dać się chłopakom ścigać! Oto recepta na milionową oglądalność.
Wszystko zaczęło się w 2013 roku, kiedy RedBull zorganizował jeden pokazowy przejazd właśnie takim truckiem po specjalnie przygotowanym torze z hopami, przeszkodami i driftem na śniegu. Był to tak spektakularny przejazd, że już rok później zorganizowano pierwszą edycję wyścigów RedBull Frozen Rush. W imprezie wystartowało 8 kierowców, dla każdego tego typu zawody były nowością. Oczywiście jazda w tak nietypowym terenie wymaga nietypowych przeróbek: opony nabite setkami kolców, specjalne paliwo czy klatki bezpieczeństwa to tylko część przeróbek aut.
Tor wyścigu wyznaczony jest na stoku narciarskimi i ma postać pętli z dwiema liniami przejazdu – niebieską i czerwoną. Dwóch zawodników jedzie jednocześnie po trasie przeskakując nad sobą, driftując i przepychając się przy prędkościach dochodzących do 150 km/h!
Jest to tak odpalony sport, że nie startuje tam żaden kierowca z naszego kontynentu, a co dopiero z Polski. I tutaj należy zadać pytanie naszym kierowcom startującym w podobnych imprezach – MOŻE CZAS SPRÓBOWAĆ? Moim skromnym zdaniem takie nazwiska jak: Małysz, Hołowczyc czy Przygoński powinny pojawić się na liście startowej przyszłorocznych zawodów RedBull Frozen Rusch. Zawody odbywają się co roku w styczniu w okolicach Bostonu.
frozen rush, motorsport, redbull, śnieg, wyscigi